5/5
Ostatni krok do KPP zaliczony!
Ponieważ był to ostatni półmaraton zaplanowany na ten rok (w przyszłym są już inne plany w czym obowiązkowo Warszawski) postanowiłyśmy z koleżanką zaszaleć, więc nocowałyśmy w Hotelu Maraton. Niestety nie udało nam się wykorzystać wszystkich oferowanych atrakcji.
Odbiór pakietów i Szamotuły
Wyjechałyśmy z Warszawy późno. Złożyło się na to kilka czynników, w tym rozpoczęcie roku szkolnego w Węgierskiej Szkole (Divéky Adorján hétvégi magyar iskola), gdzie zaofiarowałam pomoc w prowadzeniu zajęć dla przedszkolaków. Oczywiście będę prowadzić gimnastykę dla dzieci.
|
|
Nie mogło mnie nie być, tak więc wyjazd był po 15-tej. Jeszcze zawracałyśmy bo kostium kąpielowy (a nóż wykorzystamy atrakcje hotelu).
Gnałam ile sił, okazało się bowiem, że pakiety można odebrać do 20-tej, a jeszcze trzeba było zatankować i napić się kawki po drodze. Zapasu czasu nie miałyśmy.
Zdążyłyśmy akurat. Jeszcze poprzednim razem postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa nowoczesnych technologii żywieniowych (czyt. żele energetyczne), tak więc jeszcze przed odbiorem pakietu zawitałyśmy na stoisko z energetykami i zaopatrzyłam się w żel o smaku Pina Colada. Ostatnio kokos za mną chodzi. Bardzo miła pani sprzedawała, sama biegła w biegu. Spotkałyśmy się zarówno przed jak i po biegu. Bardzo sympatyczna, biega poza moim zasięgiem, jest pół profesjonalistką (01:30 na półmaratonie).
Pakiety odebrałyśmy bardzo sprawnie. Podobno mało osób odbierało w sobotę pakiety.
Szamotuły to jednak małe miasteczko. Zameldowałyśmy się w hotelu i jak zawsze żądne wrażeń i zapoznania się miastem zapytałyśmy się w recepcji, gdzie warto iść na miasto na kolację. Pani nas uprzedziłam, że w mieście są same pizzerie, więc nas to zniechęciło i pozostałyśmy w hotelowej restauracji, czego wcale nie żałujemy. Ze spokojnym sumieniem można polecić!
Dla smakoszy wspomnę, iż posmakowałyśmy sałatkę ze szparagami na carpaccio z kalarepy, ravioli z suszonymi pomidorami na gruszce w sosie chilli oraz makaron penne z borowikami.
Po kolacji postanowiłyśmy jednak się przejść kawałek, by rozprostować nogi. Przywitał nas nieznajomi, lecz przyjemny zapach. Dowiedziałyśmy się, że to fabryka oleju.
Gnałam ile sił, okazało się bowiem, że pakiety można odebrać do 20-tej, a jeszcze trzeba było zatankować i napić się kawki po drodze. Zapasu czasu nie miałyśmy.
Zdążyłyśmy akurat. Jeszcze poprzednim razem postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa nowoczesnych technologii żywieniowych (czyt. żele energetyczne), tak więc jeszcze przed odbiorem pakietu zawitałyśmy na stoisko z energetykami i zaopatrzyłam się w żel o smaku Pina Colada. Ostatnio kokos za mną chodzi. Bardzo miła pani sprzedawała, sama biegła w biegu. Spotkałyśmy się zarówno przed jak i po biegu. Bardzo sympatyczna, biega poza moim zasięgiem, jest pół profesjonalistką (01:30 na półmaratonie).
Pakiety odebrałyśmy bardzo sprawnie. Podobno mało osób odbierało w sobotę pakiety.
|
|
Dla smakoszy wspomnę, iż posmakowałyśmy sałatkę ze szparagami na carpaccio z kalarepy, ravioli z suszonymi pomidorami na gruszce w sosie chilli oraz makaron penne z borowikami.
Po kolacji postanowiłyśmy jednak się przejść kawałek, by rozprostować nogi. Przywitał nas nieznajomi, lecz przyjemny zapach. Dowiedziałyśmy się, że to fabryka oleju.
Przed
Jestem rannym ptaszkiem, nie tylko z przymusu, ale i z natury. Codziennie wstaję o 5-tej rano, w weekend ciut później, ale nie jest tak, żebym się wylegiwała do południa. Nie umiem. Koleżanka wręcz przeciwnie. Tak więc strasznie się męczyłam, bo musiałam spać do 8:30! Można nie wierzyć, ale dla mnie to było męczące. Już od 6-tej rano się wierciłam w łóżku. Na szczęście dość późno poszłyśmy spać, więc dałam radę.
Śniadanie miałyśmy przyjemność spożywać z panię Ireną Szewińską. Nie nagabywałyśmy jej, bo i po co.
Po śniadaniu nasz wieczny dylemat - zostawić rzeczy w depozycie czy nie? Rzut okiem na prognozę pogody (20 st. C - haloł?! Jest połowa października! Czemu taki gorąc? No tak, zapomniałam, to jest Wielkopolska.) i decyzja sama się podjęła. Lecimy od razu na start.
Garmin nie chciał złapać mi w ogóle GPS'a. Trochę mnie to denerwowało, bo wiedziałam, że bez bata zacznę za szybko. Tak też było.
Śniadanie miałyśmy przyjemność spożywać z panię Ireną Szewińską. Nie nagabywałyśmy jej, bo i po co.
Po śniadaniu nasz wieczny dylemat - zostawić rzeczy w depozycie czy nie? Rzut okiem na prognozę pogody (20 st. C - haloł?! Jest połowa października! Czemu taki gorąc? No tak, zapomniałam, to jest Wielkopolska.) i decyzja sama się podjęła. Lecimy od razu na start.
Garmin nie chciał złapać mi w ogóle GPS'a. Trochę mnie to denerwowało, bo wiedziałam, że bez bata zacznę za szybko. Tak też było.
W trakcie
Mankamentem organizacji było brak toalet na starcie. Były na mecie (też w małej ilości jak dla mnie). Prawdą jest też, że organizator koncetrował się na mecie, tam było miasteczko maratońskie. Jednak sporo biegaczy zdecydowało się przejść od razu na start, bez proponowanej rozgrzewki przy scenie.
Niestety zegarek mnie zawiódł i pierwsze 1,5km musiałam biegać na czuja. Tak więc było za szybko. Poczułam zmęczenie już na 8-9 km tak więc wzięłam żel. Trochę za wcześnie wiem, ale i tak mi to nic nie dało. Koleżanka potwierdziła, że jej ten żel też "kopa" nie dał. Ma trochę więcej doświadczenia w tej kwestii bo zawsze ma przy sobie i zawsze korzysta.
Trasa była płaska, słoneczna i miała 21,95 km.
Pierwsze piątka poszła mi według założeń. Do 10 km byłam pełna nadziei i energii, szło mi dobrze. Jak zegarek zaczął mnie już informować o tempie, byłam spokojna.
Od 10 km wiało w twarz. Nadal grzało słońce. W myślach już odliczałam. Czekałam na kopa na 12 km, który ni jak nie chciał przyjść. Na 15 km jak zwykle tempo spadło znacznie i sił już brakowało. Ciągnęłam się do mety, która schowana była za zakrętem, więc finisz był spóźniony. Ale dobiegłam!
Niestety zegarek mnie zawiódł i pierwsze 1,5km musiałam biegać na czuja. Tak więc było za szybko. Poczułam zmęczenie już na 8-9 km tak więc wzięłam żel. Trochę za wcześnie wiem, ale i tak mi to nic nie dało. Koleżanka potwierdziła, że jej ten żel też "kopa" nie dał. Ma trochę więcej doświadczenia w tej kwestii bo zawsze ma przy sobie i zawsze korzysta.
Trasa była płaska, słoneczna i miała 21,95 km.
Pierwsze piątka poszła mi według założeń. Do 10 km byłam pełna nadziei i energii, szło mi dobrze. Jak zegarek zaczął mnie już informować o tempie, byłam spokojna.
Od 10 km wiało w twarz. Nadal grzało słońce. W myślach już odliczałam. Czekałam na kopa na 12 km, który ni jak nie chciał przyjść. Na 15 km jak zwykle tempo spadło znacznie i sił już brakowało. Ciągnęłam się do mety, która schowana była za zakrętem, więc finisz był spóźniony. Ale dobiegłam!
Po
Odpoczywałyśmy w pobliskim parku, a po regeneracji poszłyśmy na posiłek: makaron z sosem bolognese, barszcz czerwony, placek śliwkowy (chyba) i kawa. Chciałyśmy zostać na losowanie nagród, ale jakoś wlokło się to strasznie i zrezygnowałyśmy. Do hotelu miałyśmy jeszcze spory kawał drogi (ok. 2km).
Spierałyśmy się w którą stronę do hotelu, ja twierdziłam, że w lewo, koleżanka, że w prawo i jakoś mnie przekonała. Coś mi jednak nie pasowało, więc zapytałam się panią na rowerze i się okazało, że jednak miałam racę. Z przygodami więc dotarłyśmy do hotelu, a potem gnałam znów by jak najszybciej do domu wrócić.
Cały weekend i powrót do domu podziwiałyśmy wspaniałą złotą jesień w Polsce:
Moja córeczka przygotowała mi niespodzienkę:
Spierałyśmy się w którą stronę do hotelu, ja twierdziłam, że w lewo, koleżanka, że w prawo i jakoś mnie przekonała. Coś mi jednak nie pasowało, więc zapytałam się panią na rowerze i się okazało, że jednak miałam racę. Z przygodami więc dotarłyśmy do hotelu, a potem gnałam znów by jak najszybciej do domu wrócić.
Cały weekend i powrót do domu podziwiałyśmy wspaniałą złotą jesień w Polsce:
![]() |
| Zachód słońca nad autostradą A2 |
Moja córeczka przygotowała mi niespodzienkę:
![]() |
| Moja Korona! |







Brak komentarzy :
Prześlij komentarz