środa, 12 grudnia 2012

Bieganie na bieżni czy na łonie natury?

Moja przygoda z bieganiem zaczęła się dość dawno, bo już w ósmej klasie podstawówki (tak, tak w ósmej. Kiedyś tyle było). Chodziłam wtedy do sekcji lekkoatletycznej i trenowałam 4 razy w tygodniu. Nie mogłam trenować 5 razy w tygodniu ze względu na to, że raz w tygodniu chodziłam do Polskiej Szkoły im. Józefa Bema przy Ambasadzie w Budapeszcie.



Wtedy uważałam się za krótkodystansowca, najlepiej czułam się w bieganiu przez płotki i w skoku w dal. Ale talentu mi brakowało na "zawodowe trenowanie". Moja przygoda lekkoatletyczna zakończyła się po 3 latach i miałam przerwę dość długą. Dopiero na studiach wróciłam do biegania pod wpływem mojego obecnego męża, a wówczas absztyfikanta. Od tej pory biegam regularnie z przerwą na ciążę. Po 3 miesiąc od urodzenia córeczki wróciłam do biegania.

W zasadzie zawsze biegałam na łonie natury. Las Kabacki jest wymarzonym miejsce w mieście na bieganie amatorskie. Pierwszy raz biegałam na bieżni mechanicznej jak dostałam kartę MultiSport w pracy jakieś 5 lat temu. Z zasady wykorzystywałam to tylko jako formę rozgrzewki. W sumie słusznie, ale o tym później. Obecnie raz w tygodniu uzupełniam bieganie trenigami na siłowni i zaczęłam się zastanawiać nad bieganiem na bieżni mechanicznej. W Polsce zima temperatura może spaść tak, że już nie będę mogła biegać na dworze (trener uważa, że taką granicą jest -23 stopnie) i czy wówczas dobrą alternatywą będzie bieżnia?

Prawdę mówiąc nie lubię biegać po bieżni mechanicznej. Jest nudno i strasznie się pocę. Na dodatek ciągle widzę przed sobą ile czasu biegnę i dystans, co mnie rozprasza i odbiera urok biegania.

Z tym poceniem to jest tak, że na powietrzu tego tak nie odczuwam, bo poruszam się, co oznacza wytworzenie się naturalnego przewiewu (samochłodzenie :) ).
Pot przypomina mnie też powiedzenie mojej babci, która zdziwiła się, gdy zaczęłam biegać mówiąc: "Idziesz biegać? Przecież się spocisz!".

Wracając do bieżni. Ostatnio jednak uparłam się na przebiegnięcie na bieżni ponad 10 km. Zastosowałam sztuczki:
  1. redukowałam tempo (nawet do 6:30/km), 
  2. założyłam słuchawki ulubiona muzyką
  3. unikałam spoglądanie na wyświetlacz jak ognia.
Mimo tych starań męczyłam się strasznie, raczej psychicznie niż fizycznie. Pod koniec mogłam już sobie pozwolić na przyspieszenie do tempa 5:30. Gwoli wyjaśnienia - moim naturalnym tempo jak biegam na powietrzu jest 5:30-5:55. Ale i to nie pomogło! Odliczałam piosenki, żeby nie patrzeć na wyświetlacz, co jest oznaką wyjątkowej nudy. A biegać lubię.
Zeszłam z bieżni po 75 minutach (w tym 5 minut rozbiegania - "Cool down"). I wiecie co? W życiu nie czułam się tak surrealistycznie! Tak jakby nogi musiały od nowa nauczyć się chodzić! Jakby zapomniały jaki jest opór prawdziwej ziemi i ile siły trzeba włoży na przejście jednego kroku.

Jaki wniosek płynie z tego dla mnie? W żaden sposób bieżnia nigdy nie zastąpi normalnego treningu. Uważam też, że nie da się dobrze przygotować do żadnego biegu tylko na bieżni. Bo:
  1. Siły biegowej, która uczy nogi siły do wzniesień/podbiegów, nie da się dobrze wykonać, bo maszyna robi za nas 90% pracy przejścia kroku,
  2. Rytmy i podbiegi, które są potrzebne do uzyskania szybkości na trasie, nie są naturalnym moim przyspieszeniem i moja siłą, bo ustawiam taką szybkość jaka mi się widzi i się do niej dostosowuję. Na krótki okres czasu do większości przyspieszeń można się dostosować.

Jedyna zaletą maszyny jak dla mnie jest to, że można się rozgrzać i zrobić wybieganie, żeby rozluźnić mięśnie.

Zachęcam do biegania na łonie natury. O każdej porze roku, nawet w zimę, w zaspach, w błocie, deszczu czy  przy -17 stopni. Oczywiście wszystko to trzeba z głowa. Nie rozpoczynajmy przygodę z bieganiem od wyjścia na bieganie pierwszy raz w -17 stopniach! Organizm musi być dobrze wytrenowany, żeby w takich temperaturach mógł biegać i nie złapać infekcji .

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz