Wtedy uważałam się za krótkodystansowca, najlepiej czułam się w bieganiu przez płotki i w skoku w dal. Ale talentu mi brakowało na "zawodowe trenowanie". Moja przygoda lekkoatletyczna zakończyła się po 3 latach i miałam przerwę dość długą. Dopiero na studiach wróciłam do biegania pod wpływem mojego obecnego męża, a wówczas absztyfikanta. Od tej pory biegam regularnie z przerwą na ciążę. Po 3 miesiąc od urodzenia córeczki wróciłam do biegania.
W zasadzie zawsze biegałam na łonie natury. Las Kabacki jest wymarzonym miejsce w mieście na bieganie amatorskie. Pierwszy raz biegałam na bieżni mechanicznej jak dostałam kartę MultiSport w pracy jakieś 5 lat temu. Z zasady wykorzystywałam to tylko jako formę rozgrzewki. W sumie słusznie, ale o tym później. Obecnie raz w tygodniu uzupełniam bieganie trenigami na siłowni i zaczęłam się zastanawiać nad bieganiem na bieżni mechanicznej. W Polsce zima temperatura może spaść tak, że już nie będę mogła biegać na dworze (trener uważa, że taką granicą jest -23 stopnie) i czy wówczas dobrą alternatywą będzie bieżnia?
Prawdę mówiąc nie lubię biegać po bieżni mechanicznej. Jest nudno i strasznie się pocę. Na dodatek ciągle widzę przed sobą ile czasu biegnę i dystans, co mnie rozprasza i odbiera urok biegania.
Z tym poceniem to jest tak, że na powietrzu tego tak nie odczuwam, bo poruszam się, co oznacza wytworzenie się naturalnego przewiewu (samochłodzenie :) ).
Pot przypomina mnie też powiedzenie mojej babci, która zdziwiła się, gdy zaczęłam biegać mówiąc: "Idziesz biegać? Przecież się spocisz!".
Wracając do bieżni. Ostatnio jednak uparłam się na przebiegnięcie na bieżni ponad 10 km. Zastosowałam sztuczki:
- redukowałam tempo (nawet do 6:30/km),
- założyłam słuchawki ulubiona muzyką
- unikałam spoglądanie na wyświetlacz jak ognia.
Zeszłam z bieżni po 75 minutach (w tym 5 minut rozbiegania - "Cool down"). I wiecie co? W życiu nie czułam się tak surrealistycznie! Tak jakby nogi musiały od nowa nauczyć się chodzić! Jakby zapomniały jaki jest opór prawdziwej ziemi i ile siły trzeba włoży na przejście jednego kroku.
Jaki wniosek płynie z tego dla mnie? W żaden sposób bieżnia nigdy nie zastąpi normalnego treningu. Uważam też, że nie da się dobrze przygotować do żadnego biegu tylko na bieżni. Bo:
- Siły biegowej, która uczy nogi siły do wzniesień/podbiegów, nie da się dobrze wykonać, bo maszyna robi za nas 90% pracy przejścia kroku,
- Rytmy i podbiegi, które są potrzebne do uzyskania szybkości na trasie, nie są naturalnym moim przyspieszeniem i moja siłą, bo ustawiam taką szybkość jaka mi się widzi i się do niej dostosowuję. Na krótki okres czasu do większości przyspieszeń można się dostosować.
Jedyna zaletą maszyny jak dla mnie jest to, że można się rozgrzać i zrobić wybieganie, żeby rozluźnić mięśnie.
Zachęcam do biegania na łonie natury. O każdej porze roku, nawet w zimę, w zaspach, w błocie, deszczu czy przy -17 stopni. Oczywiście wszystko to trzeba z głowa. Nie rozpoczynajmy przygodę z bieganiem od wyjścia na bieganie pierwszy raz w -17 stopniach! Organizm musi być dobrze wytrenowany, żeby w takich temperaturach mógł biegać i nie złapać infekcji .
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz