poniedziałek, 21 stycznia 2013

Karnawał czyli Weekendowe szaleństwo

uff, dobrze, że już po.
Mój kochany mąż w piątek jeszcze posprzątał mieszkanie! Potem poszliśmy na bal doktorantów i mimo iż  nie planowałam, ani alkoholu ani zabawy do białego rana, to jedno i drugie było! I było super! Jadłam ładnie - z umiarem. I tańczyliśmy bardzo dużo!



Tak jak obiecałam pokazuję moją nową fryzurę. Jestem bardzo z niej zadowolona, choć zdjęcia nie oddają jaki super kolor mi fryzjerka zrobiła. Niestety kształt nie jest jeszcze docelowy, ale to wina poprzedniej fryzjerki, ta próbowała naprawić krzywiznę, którą tamta zrobiła...

Przepraszam za jakość,robione telefonem

Najzabawniejsze było to, że moja kochana córka obudziła mnie o 6 rano po 2 godzinach spania, a ja wstała z taką werwą jakbym spała przynajmniej 10 godzin. Niestety werwy mi do wieczora nie starczyło a biegać już nie poszłam, za to zmusiłam się w niedzielę aczkolwiek bardzo nie chętnie.
W sobotę obskoczyłam z córką przedszkole, potem do domu na obiad i odpocząć chwilę i jazda na imprezę urodzinową. Mój mąż dogorywał całą sobotę i do szkoły nie poszedł hehehe. No tak to jest jak ktoś nie ma umiaru w alkoholu. Choć nie mogę powiedzieć, znam go od 8 lat i pierwszy raz wypił tyle!
Śniegu było tyle (i nie odśnieżone) więc na imprezę wzięłam córkę na sanki. A moja córka mówi tak: "Ooo mama! Jesteś silna jak tata!" jak ją wciągnęłam pod górkę.
Mama Piotrusia (solenizanta) była strasznie przejęta i cały scenariusz opracowała na te urodziny! Zabawy były integracyjne, czyli dzieciaczki z rodzicami wspólnie się bawyłi. Później mąż żałował, że z nami nie poszedł. A ja, że przecież w zaproszeniu było, że zabawa z rodzicami.. Wyszło na to, że z całego towarzystwa tylko ja przeczytałam zaproszenie. Rodzice innych dzieci też nie czytali.
Myślałam, że mam siłę jeszcze iść wieczorkiem pobiegać. Pogoda mnie zachęcał, padał śliczny śnieg i w ogóle malowniczo było. Jak wróciłam z córką do doku (mąż trochę lepiej się poczuł, więc pozmywał i ogarnął mieszkanie) i umyłam córkę zaległam na łóżku i nie byłam wstanie się ruszyć. Może i lepiej? Tak na kacu, po 2 godzinach spania i w taki śnieg tylko bym nogę skręciła?

W niedzielę rano nie wiedziałam co będzie. Chciałam bardzo iść pobiegać, ale mąż na 9-tą na uczelnię aż do 17-tej.  A ja miałam jeszcze obiad imieninowy przygotować. Trochę zrezygnowana byłam, ale uratował mnie teściu, który zadzwonił rano i powiedział, że chce iść na sanki z Anią! Juhuuu! Pomyślałam - Akurat pobiegam, a potem już Ania niech siedzi i ogląda baję, akurat zdążę wszystko zrobić. Więc mąż zabrał ją do teścia a ja zrobiłam tort i czmych na bieganie.A w lesie śnieg jak piasek, więc ciężko się biegało. Było dużo osób na biegówka.. Ale oni raczej spacerowali. Bo jak tu mówić o bieganiu na biegówka, jak ja na kacu w tempie 6:15 wyprzedzałam z lekkością!
Trochę żałuje, że nie zrobiłam więcej km, ale nie wiedziałam czy dam radę. Wolałam nie ryzykować (ostatnio strasznie rozsądna jestem, aż sama sobie się dziwię).
Wróciłam do domu, umyłam się zrobiłam pranie, zupę, przygotowałam sałatkę na obiad i ziemniaczki i ... czekam na teścia. A tu cisza. Więc dzwonię, a on, że Ania nie chciała iść z nim na sanki więc siedzą w domu. To pytam się czy mam ją odebrać, a on że nie niech siedzi, może później wyjdą. No ok jak dla mnie może być.. Poszłam w końcu po Anie około 14:30 i wreszcie mama namówiła się na sanki z dziadkiem. Of korse nie chciałam potem wracać wcale do domu, ale ja już musiałam iść, bo kurczaka miałam wstawić do piekarnika. Imprezka imieninowa bardzo udana.Córka uraczyła nas występami. Wszystkie choreografie nauczone w przedszkolu zostały przedstawione (do piosenek Asereje, Waka Waka, Nosa nosa) z uwagą, że tylko ona tańczy a my mamy tylko patrzeć. I tak mi mięła niedziela.
A teraz siedzę w pracy i też mam rozwalony dzień, bo kolejny raz imieniny przeżywam, tym razem z kolegami z pracy. No ale cóż. Tylko raz do roku mam imieniny i pozwalam sobie na takie ekscesy. Jeszcze ze znajomymi mam wyjście w czwartek. Nie ma to jak świętować

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz