Pogoda nam dopisała. Idealne 15 stopni, pochmurno i bezwietrznie. Raj dla biegacza.
Bałam się tego biegu, bo jak zwykle czułam się totalnie nie przygotowana. Ostatni tydzień jeszcze bardziej podkopał moją pewność siebie, gdyż nic nie wyszło według planu! Ostatni trening miałam we wtorek, potem już tylko równa pochyła.
Atmosfera przed startem bardziej luzacka niż się spodziewałam po sobie. Nie to co pierwszy półmaraton w Toruniu! Drużyna Kondycji w licznym składzie wzięła udział w przedsięwzięciu i to po części mi pomogło. Choć chodziły czarne myśli po głowie. A to tak przed startem to nie rokuje. A myśli moje podpowiadały, że nie dam rady zrobić rekordu i jeżeli już w ogóle dobiegnę, to w okolicach 1 godz. 55 minut.
Plan był taki, że pierwszą połówkę przebiegnę w okolicach 5 min/km (4:55 - 5:05) a potem będę trzymać tempo. Niby bardzo łatwe, ale z realizacją było gorzej.
Zabrałam się do Tarczyna ze znajomymi, byliśmy tam dość wcześnie, godzinę przed startem. Mimo to na rozgrzewkę prawie nie mieliśmy czasu! A tu trzeba było zobaczyć gdzie start, gdzie szatnia i depozyt, gdzie nasza grupa. A tu z każdym się przywitać i pogadać. Powrót po rzeczy do samochodu i decyzja co z rzeczami. Zostawić u kolegi, który od razu chce wracać ( a kończy przede mną 20 minut wcześniej), czy z kolegą, któy chce do końca zostać, bo zawsze zajmuje w sojej kategorii pierwsze miejsce (70+) a może oddać rzeczy do przechowalni? Decyzja zapadła: oddaję do przechowalni. Więc szybko przebieram się, przypinam numer i czip, pakuję w torbę i lecimy do przechowalni. Tam oklejam torbę i patrzę na zegarek. O rzesz! Zostało 15 minut do startu! Więc szybko przebieżka , w biegu rozgrzewka i na linię startu.
![]() |
| Rozgrzewka przed startem |
Start jakiś był nie wyraźny. Stałam i stałam i nagle odliczmy i już start! I myśli: Halo? Jak? To już?
Dobra biegnę. Noga za nogą i lukanie na zegarek czy nie za szybko? Może za wolno jednak? Tak przebiegłam 4 km. Cały czas miałam wrażenie, że nie mogę złapać rytmu. Ani szybko ani wolno. Tak nijak i średnio. Bez zaskoczenia, więc już na 4 km potwierdzam, że raczej dobiegnę w 1 godz i 55 minut.
Nagle podbiega do mnie dziewczyna (Monika) i pyta na ile biegnę. Ano na godz. 50 lu 55. A ona: No to może spróbujemy godzinę i 49 minut? Bo nie ma zegarka i chce się doczepić. Mówię, że bardzo chętnie! Już chciała przyspieszyć mocno, ale w końcu uzgodniłyśmy, że do połowy tempo 4:55 potem przyspieszamy.
Dziewczyna jest rewelacyjna! Cały czas biegła w tempie 4:50, ja za nią. Ona skakała, krzyczała i kibicowała wszystkim dookoła. Klaskała i zachęcała do dopingowania gapiów.Wiedziałam, że nie dam rady z nią dobiec do końca.
Przez kolejne 6 km jakoś się jej trzymałam i sama była zaskoczona, że mimo pagórków nadążałam w takim tempie. I jakieś mnie zadowolenie ogarnęło! Ale na 10 km musiała trochę odpuścić. Monika pobiegła a ja się wlekłam sama dalej.
No nie całkiem sama. Kolega z klubu już wcześnie do nas się przyczepił jak tylko go dogoniłyśmy. Teraz biegł za mną. I to też mnie dopingowało. W zasadzie nie lubię jak ktoś mi dyszy na plecami, lecz motywowało mnie to bardzo, żeby nie odpuścić. Tempo było już sporo wolniejsze, ale też już był to 12 km.
Planu nie dotrzymałam, bo druga połowa była dużo wolniejsza. Nic nie dało pewność, że przecież pięknie z tą dziewczyną przebiegłam 6 km i dam radę, muszę tylko przyspieszyć. Głowa przyspieszała a nóżki stały w miejscu.
Trasa była bardzo fajna, bo między 8 km a 14 mijaliśmy się. Można było zobaczyć, gdzie znajduje się "konkurencja" i kibicować znajomym i nieznajomym też!
Na 15 km byłam znów dopadły mnie mnie myśli czarne: To już ostatni mój półmaraton, więcej razy nie chcę!
Gdzieś między15-16 km chyba był kolejny punkt z wodą. Napiłam się kilka łyków. Biegnę dalej i po jakimś czasie dopiero zauważyłam, że nie słyszę kolegi?! Nie ma go, coś z nim się stało! Na mecie się dowiedziałam od niego, że zachłysnął się niefortunnie wodą i nie mógł oddechu złapać. Dobiegł za mną.
Na 17 km dogonił mnie kolega 70+! Jestem pełna podziwu. Dobiegł na metę przede mną 40 sekund. Jak już mnie dogonił wiedziałam, że koniecznie muszę przyspieszyć. Uczepiłam się więc grupki przede mną i nie odpuszczałam. Odliczałam każdy kilometr i każdy metr przede mną. Już nic nie było waż! Ani czas ani miejsce, byle dobiec!
Ostatnia górka i za zakrętem będzie już meta. Spojrzałam na zegarek. Zdumiałam się wielce bo zobaczyła, że będzie rekord! I to mocny! Ostatni atestowany czas miałam 01:51:18 netto na Półmaratonie Warszawskim. Możliwe to? Czy może Garmin mnie oszukuje i mam więcej do przebiegnięcia jeszcze? Ale nie! Faktycznie! 200m do mety, a zegar brutto pokazuje z dalego 1 godzinę 47 minut i 30 sekund!
![]() |
| Finiszuję? |
Oficjalne wyniki:
| Dzień | Nazwa | Dystans [km] | Zakładany wynik | Wynik brutto | Wynik netto | OPEN | Kobiety | K-30 |
| 15-09-2013 | Półmaraton Tarczyński | 21,097 | 01:55:00 | 01:48:02 | 01:47:54 | 308/659 | 28/119 | 15/56 |
![]() |
| Wyniki |




Brak komentarzy :
Prześlij komentarz