poniedziałek, 7 października 2013

Biegnij Warszawo

Bieg nie udany dla mnie. A miało być tak pięknie! Byłam wielce nie zadowolona z czasu, który ostatecznie osiągnęłam. Z weryfikowałam jednak swój pogląd dzisiaj rano, gdy weszłam na moje konto w BiegnijWarszawo i okazało się, że pobiegłam tylko 20 sekund gorzej od zeszłego roku. W sumie to nieźle. Mam jeszcze okazję poprawić na biegu Niepodległości, choć w rok-w rok nie jest to mój termin na życiówki. Trzeba jednak kiedyś przełamać swoje przesądy
Plan był taki, aby pokonywać każdy kilometr w 4:40-4:45. Prawie mi się udało.  Wiadomo było, że na Goworka nie będzie 4:50, ale tam założyłam czas 5:05.

Zacznę jednak od początku.
Przygotowanie do biegu nie były oczywiste, gdyż do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy jak się ubrać na bieg. Nie należy tego bagatelizować, bo nie dość, że każda warstwa waży to też ociepla i tym samym przegrzewa. Odwrotnie też nie dobrze, bo za mało warstw może doprowadzić do choroby.
W plecaku na depozyt przygotowani byliśmy jednak na każdą możliwość. Ubrani na cebulkę z zapasowymi ocieplaczami w plecaku wyruszyliśmy na Torwar. Jak tylko wyszłam z bloku, wiedziałam już, że ubrałam się za ciepło.
Dotarliśmy na miejsce i podjęliśmy szybką decyzję: pozbywamy się warstw, biegniemy w krótkim rękawie i spodenkach. Zdecydowałam się też na okulary, choć w zasadzie ich nie noszę do biegania. Pogoda była jednak tak słoneczna, że mi się przydały.

Po oddaniu rzeczy do depozytu przeszliśmy się na start. Rozgrzewek typu "Zumba" nigdy nie robię, gdyż nie jest to forma, która mi odpowiada. Przed linią startu rozpoczęliśmy rozgrzewkę, czyli lekki truchcik, rozciąganie i rozruch w biegu, rytmy.

Tak oto rozgrzana, dzięki trenerowi, udałam się z mężem na linię startu w strefie VIP. Nie ominął mnie też pitstop, chyba z nerwów, jednak w strefie VIP problemu nie miałam. Do startu zostało mi jeszcze sporo czasu i tak skakałam, rozciągałam Achillesy i wczuwałam się w atmosferę Wielkich Oczekiwań.
Mąż latał zestresowany po całej strefie VIP "rozgrzewając się", dopóki było można. Frustruje się już od dawna, bo chciał pobić swój rekord, a nie udaje mu się już od dawna. Skupiony stanął oczywiście w pierwszej linii, tuż za elitą. Ja trochę dalej, bo wiem, że moje tempo nie jest elitarne.
Ruszyliśmy w euforii. Dzięki temu, że stałam na początku ominęła mnie wątpliwa przyjemność  biegu w slalomie. Raczej byłam wyprzedzana, ale się tym nie przejmowałam. Tak miało być.
Kontrolowałam tempo cały czas i pierwsze kilometry pokonałam idealnie. Pierwsze trzy kilometry pokonałam tak skupiona, że w zasadzie na nic nie zwróciłam uwagi. Pamiętam gdzie-nie gdzie na Chełmskiej kibiców, pamiętam pana który za mną bieg strasznie dysząc i charkocząc mnie minął oraz mijaną przeze mnie murzynkę. Jak przyszedł czas na podbieg po 4 km, skróciłam krok i przyspieszyłam (jak to się mówi fachowo) kadencję. Było nieźle! Po zniesieniu tylko przyspieszyć i trzymać tempo.
Skręcając na Puławską znaleźliśmy się w fantastycznej, pomarańczowej strefie ING. Rewelacyjni kibice i atmosfera dodała nam sił do dalszego biegu. Od tej pory cała trasa była usiana kibicami. Oczywiście, czasem więcej, czasem mniej ich było. Na placu Na Rozdrożu i w Alejach Ujazdowskich był tłum. Po skręceniu na Piękną jakby kibiców było mnie, tak samo na (o dziwo) na Marszałkowskiej. Był to już 6 km i wyraźnie traciłam siły. Czas tego kilometra to 5:11 i nie wiem dlaczego, przecież trasa była raczej płaska. Może zrobiłam błąd nie pijąc wody, która była wystawiona przy Łazienkach na 5,5 km? Trudno mi powiedzieć, na 10 km nie zwykłam pić, chyba, że jest masakryczny upał.

Na Pięknej spotkałam kolegę ze stowarzyszenia Kondycja, który czekał na żonę, by ją podciągnąć. Na Marszałkowskiej (chyba 7 km) kolejna strefa kibica, ale było marniutko. Podobne na tym kilometrze były wyświetlane na ekranie sms-y z pozdrowieniami dla biegaczy. Ekranu nie widziałam.
W końcu zmotywowałam się do przyspieszenia jak należy. Wiedziałam, że córcia czeka na mnie na placu De Gaulle'a, tak jak ostatnio i śmignęłam ten kilometr. Bez problemów znalazłam ją mimo tłumu. Teraz tylko zostało mi troszeczkę do mety. Po minięciu Placu Trzech Krzyży spotkaliśmy się z kibicami z MaszerujęKibicuję! Pierwszy raz udało mi się ich spotkać na trasie. I było bardzo miło jak krzyczeli i dopingowali. Z relacji kibicek wiem, że pan Korzeniowski nadał mordercze tempo na początku stawki Maszeruję Kibicuję i dziewczyny musiały biec a nie iść.
Po skręcie na Piękną już wiedziałam, że mam z górki. Dosłownie. Nie dałam się jednak zbyt mocno ponieść (chyba to był mój błąd) i powstrzymywałam nóżki by później na płaskim mieć jeszcze siły na finisz.

Minęłam strefę energii z bębniarzami, minęłam (z uśmiechem) kolegę, który robił dzisiaj za fotoreportera. Na ostatnich metrach słyszałam kolegów jak kibicują. Minęłam osobę słaniającą się na nogach i podtrzymywanego przez dwóch innych biegaczy i wpadłam na metę. Zmęczona i nieszczęśliwa.
Jak to mówią, nie zawsze można bić rekordy. Porażki budują. Oto z nową siła i nowymi doświadczeniami rozpoczynam kolejny etap mojego życia. Wiem tylko, że nadal będę biegać, że to nie była porażka totalna, która powoduje załamanie i depresję. Ot, kolejny bieg, który mogłam pobiec lepiej. A że nie pobiegłam, to tylko moja w tym zasługa.

Ostatecznie mój wynik:

Dzień Nazwa Dystans [km] Zakładany wynik Wynik brutto Wynik netto OPEN Kobiety K-30
06-10-2013 Biegnij Warszawo 10 00:47:00 00:50:07 00:50:03 2476/11856 171/4153 54


Mąż przybiegł jako 47. Z czasem 37:20. Ulga i zadowolenie. Nie ten człowiek co przed biegiem.
Zaczęły się już rejestracje na przyszły rok. Cena odstrasza, choć impreza jest bardzo fajna, to 89 zł za bieg jest zastanawiające.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz